, liczba odsłon:
892
Czy teologia to tylko wiedza, którą można posiąść, czy też zawsze można z niej skorzystać w praktyczny sposób?
Teologia to przede wszystkim słowo Boga i słowo o Bogu, to również nauka o Bogu. Wszelka myśl, każda wypowiedź, również świadectwo i kazanie na temat Boga i tego wszystkiego, co z Nim związane, jest teologią. Słowo teologia jest bardzo pojemnym terminem. Może się odnosić do teologii biblijnej (biblistyka), do teologii historycznej (np. historia Kościoła), do teologii systematycznej (np. dogmatyka, etyka), czy wreszcie, do teologii praktycznej (jak np. homiletyka i katechetyka). Wszystkie te dyscypliny są ze sobą nawzajem związane i razem wzięte służą Kościołowi.
Błędem jest założenie, że teologia to taka dyscyplina naukowa, która jest zarezerwowana wyłącznie dla specjalistów. Mówiąc szczerze, każdy chrześcijanin na swój sposób jest "teologiem". Oczywiście, można "uprawiać" teologię na poziomie akademickim i można też zajmować się nią mniej profesjonalnie.
Trudno jest mówić o życiu chrześcijańskim, które nie miałoby związku z uprawianiem określonej teologii. Rozważania teologiczne bowiem leżą u podstaw rozwiązań praktycznych. Teoria wyprzedza praktykę i określa jej możliwe kierunki. Teoria dostarcza pewnych wskazówek dla praktyki. Praktyka, jeśli można tak rzec, "żeruje" na teorii, znajdując w niej swoje uzasadnienie. Oczywiście praktyka dostarcza teorii nowych danych, weryfikuje teorię.
Osobiście uważam, że jest źle, gdy uprawia się teologię dla samej teologii, w duchu snobizmu. Jestem zdania, że w stosunku do Kościoła, teologia musi pełnić funkcję służebną, pomagając mu uświadomić treść jego wiary, przyczyniając się także do jego lepszego świadectwa w świecie. Nie jest dobrze również, gdy znaczenie teologii się minimalizuje, ponieważ wiem z praktyki życia kościelnego, że brak podstawowego rozumienia teologii, lub lekceważący stosunek do wiedzy teologicznej, wcześniej czy później, zemści się na danej wspólnocie wiary.
Cała ta moja długa wypowiedź skupia się zatem na tym, by postrzegać teologię ściśle związaną z rozwiązaniami praktycznymi, choć nie należy sprowadzić jej li tylko do tych rozwiązań, co byłoby poważnym nadużyciem, powodującym niefortunne spłycenie i spłaszczenie istoty teologii. Wszelka próba, by je rozdzielać, w konsekwencji będzie prowadzić do formalizmu lub pobożności pozbawionej zdrowych przesłanek teologicznych, do niewiedzy, do nadużyć w dziedzinie wiary i życia Kościoła. Myślę, że Listy Pawłowe mogą służyć jako przykład zdrowej równowagi pomiędzy teoretycznymi rozważaniami o charakterze teologicznym a ich praktycznym zastosowaniem. Przeciwnicy teologii niech wezmą pod uwagę, że apostoł Paweł na bazie zdrowych rozważań teologicznych snuł praktyczne wnioski dotyczące egzystencji danej wspólnoty wiary.
W jakim stopniu proces uświęcenia w życiu człowieka jest zależny od procesu poznawczego i zrozumienia teologii?
Autor Listu do Hebrajczyków powiada: "Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana" (Hbr 12,14). Bóg jest źródłem uświęcenia; w Nim upodabniamy się do Chrystusa. Chrześcijanin otrzymuje w darze życie w świętości, które będąc jego przywilejem staje się też wielkim zadaniem, ogromnym przedsięwzięciem.
Uświęcenie jest wpisane w naturę życia chrześcijańskiego. Skoro Bóg jest święty, to świętość ma być dążeniem tych, którzy należą do Niego. Najogólniej mówiąc, być świętym to być oddzielonym od wszelkiego rodzaju zła, to być przeznaczonym do realizacji Bożych celów i zamierzeń. Prawda jest taka, iż nikt nie rodzi się świętym. Staje się nim natomiast w Chrystusie, w momencie duchowego odrodzenia. Na bazie tego doświadczenia zostaje włączony w proces uświęcenia, trwający całe ziemskie życie. Uwieńczeniem zaś tego procesu będzie uwielbienie w wiecznej chwale, niczym niezakłócone przebywanie w społeczności z Bogiem.
Uświęcenie odnosi się do całego człowieka. Zatem również nasz umysł uczestniczy w tym procesie, jest jego częścią. Umysł człowieka niewierzącego, choć może oświeconego, zgodnie ze świadectwem NT, w kwestii wiary i zbawienia jest pusty i bezużyteczny. Umysł człowieka wierzącego znajduje się pod wpływem łaski Bożej, która oświeca go i pomaga mu przemieniać się przez odnowienie. Należy przy tym zauważyć, iż Boże Słowo nie oddziałuje na chrześcijanina z pominięciem jego umysłu, lecz działa poprzez jego umysł, czyniąc go nowym i wpływając na całokształt jego życia. Wielce wymownym jest pewna wypowiedź o Bogu u Ozeasza: "Gdyż miłości chcę, a nie ofiary, i poznania Boga, nie całopaleń" (Oz 6,6). Czasami może być tak, że pewne elementy w naszym uświęceniu są przejawem rytualizmu pozbawionego poznania Boga, lub fanatyzmu religijnego wypływającego z mglistych pobudek. Tymczasem uświęcenie ma wypływać z pobożności mającej swój punkt zaczepienia w ustawicznym poznawaniu Boga na bazie objawienia, którego świadectwem jest Stary i Nowy Testament.
Konkludując, w procesie uświęcenia jest obecny aspekt poznawczy. Nie wyrzucamy bowiem naszego umysłu poza nawias chrześcijańskiego życia.
Czy wykładanie w Seminarium traktujesz jako pracę, służbę? A może jest to Twoim hobby, pasją w życiu?
Moja obecność w Warszawskim Seminarium Teologicznym to przede wszystkim realizacja pasji, by współuczestniczyć w służbie Chrystusa dla ludzi. To realizacja powołania, "aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego" (Ef 4,12), w trakcie którego nauczyciel staje się również uczniem. Prawdą jest również, że jest to moja praca. I nie skłamię, jeśli dodam, że jest to także swoisty rodzaj zabawy, ponieważ nie robię tego jako przykrego obowiązku, ale jako coś, co sprawia mi przyjemność i dostarcza wiele radości.
Pełniłeś już wiele służb w Kościele. Jakie chwile wspominasz najmilej?
Rzeczywiście, moje życie, jak również mojej żony, tak jakoś się potoczyło, że byłem niczym pielgrzym, który raz swój namiot rozkładał, by już za chwilę go złożyć. W ciągu szesnastu lat służby w Kościele mieszkałem w kilku miastach i pełniłem różne funkcje kościelne. Jako świeżo upieczony absolwent Seminarium Teologicznego w Warszawie rozpocząłem służbę, pełniąc funkcję kierownika placówki KZ w Zambrowie. Później byłem pastorem zboru KZ w Świdwinie i jednocześnie kierownikiem Hostelu Re-Entry w ramach Chrześcijańskiej Misji Społecznej "Teen Challenge". Następnie pracowałem w Chrześcijańskim Instytucie Biblijnym w Warszawie jako kierownik Korespondencyjnych Studiów Biblijnych. Przed obecną służbą w Seminarium przez kilka lat byłem Dyrektorem Misji Zakładania Zborów przy Chrześcijańskiej Społeczności w Ciechanowie. Różne miejsca, różni ludzie, różne służby przyczyniły się do mojego rozwoju i rozwoju mojej żony. Chyba najlepiej wspominam chwile, które wspólnie z moją żoną spędziliśmy, pracując razem w Chrześcijańskim Instytucie Biblijnym. Był to okres, w którym, można by rzec, doładowaliśmy swoje baterie, zbyt mocno w przeszłości wyeksploatowane intensywną służbą w Kościele. Był to także czas nowych decyzji dotyczących naszego rozwoju naukowego, których dobry owoc spożywamy do dzisiaj.
Czy pamiętasz jakąś zabawną historię, która przydarzyła się w trakcie Twojej służby?
Muszę przyznać, że jest ich trochę , ale chyba nie powinienem opowiadać o wszystkich. Pamiętam na przykład, jak podczas kazania na placówce misyjnej KZ w Zambrowie strąciłem krzyż ze ściany. Jako młody kaznodzieja należałem do tych, którzy nie umieją stać spokojnie za kazalnicą. Byłem "w ustawicznym ruchu", a moja gestykulacja mogłaby wzbudzić w słuchaczu przekonanie, że mam w linii genealogicznej jakiegoś temperamentnego Włocha. Głosząc z wielką pasją Słowo Boże, machnąłem ręką i uderzyłem krzyż wiszący na ścianie. Krzyż zakołysał się kilkakrotnie w lewo i w prawo, i spadł z hukiem na podłogę. Byłem tak zajęty mówieniem kazania i tak przejęty jego przesłaniem, tak zaangażowany w swoją posługę, że bez przerywania wypowiedzi, w tej samej chwili połączyłem poprzeczkę z resztą krzyża, który rozpadł się w chwili upadku, i powiesiłem go na ścianie. Przy tym wszystkim zachowywałem się tak, jak gdyby nic się nie stało.
W jaki sposób łączysz swoją pracę i służbę z życiem rodzinnym?
Z jednej strony należy przyznać, że życie pielgrzyma będącego w ciągłej gotowości, by wyruszyć w podróż nie ułatwiło mi zadania zachowania equilibrium pomiędzy pracą i służbą a życiem rodzinnym. Z drugiej strony, jednym z ułatwień w tym wszystkim był fakt, że przez te długie lata pracowaliśmy razem (to znaczy ja i moja żona), byliśmy w zasięgu ręki. Dodatkowo, od początku małżeństwa łączy nas pasja wspólnych rozmów na różne tematy, zaczynając od tych duchowych, a kończąc na tych, mających związek z tym, co jest tu i teraz. Lubimy przebywać z sobą, nie męczy nas obecność współmałżonka. Spacer, posiłek w restauracji, zakupy, wspólne oglądanie ciekawej komedii to chwile, które odrywają nas od codziennych czynności na rzecz pogłębiania relacji małżeńskich. Łączenie pracy i służby z życiem rodzinnym wymaga jednak od nas wysiłku, bo doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Chciałoby się ich mieć przynajmniej czterdzieści! Nie zawsze znajdujemy idealne rozwiązania, ale cieszy nas fakt, że życie rodzinne jest bardzo wysoko na liście naszych priorytetów.
Co jest największym celem Twego życia?
Pierwsza myśl, która pojawia się w związku z tym pytaniem, to stać się we wszystkim podobnym do Jezusa, by tutaj na ziemi uwielbić Go i rozsławić w potężny sposób Jego imię. Druga myśl ma związek ze słowami zapisanymi w 2. Liście do Tymoteusza 4,7-8a. Ogarnia mnie wzruszenie, ilekroć je czytam lub też rozmyślam nad ich znaczeniem. "Dobrą walkę stoczyłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na koniec odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który owego dnia wręczy mi Pan, sprawiedliwy Sędzia" (2 Tm 4,7-8a). Tekst ten sprawia, że patrzę w przyszłość z pewnym nastawieniem. Nie wiem jak wiele dni i lat tutaj na ziemi wyznaczył mi mój Bóg. Mam jednak wielkie pragnienie, by na końcu swojej drogi, złożyć podobne wyznanie. Choć istotną rzeczą jest dobry start w wyścigu, to ludzi ocenia się przede wszystkim po tym, jaki był ich koniec. I nie chodzi tutaj o ludzką opinię na mój temat, ale interesuje mnie to, jak oceni mnie sam Bóg, Wszechmogący Bóg. Chcę dobiec do końca i zdobyć nagrodę. To jest moim największym celem.
Gdybyś już teraz mógł dokonać jednej zmiany w Kościele Zielonoświątkowym, co to by było?
Myślę, że nie trzeba być piastunem wysokich stanowisk, by wywierać wpływ na życie kościelne, na przykład na poziomie lokalnym. Każdy chrześcijanin już jest nośnikiem pewnego wpływu (może to być wpływ zarówno pozytywny jak i negatywny). Nasza postawa wobec innych, słowa, które wypowiadamy, jakość życia, wywierają i będą wywierać wpływ na innych. Dobrze jest, gdy o tym wiemy stosunkowo wcześnie, gdyż z jednej strony zatroszczymy się, by nie być zgorszeniem dla innych, a z drugiej strony zintensyfikujemy nasz wysiłek, by pozytywny wpływ na innych był jak największy. I wszystko to na chwałę Bożą i pożytek Kościoła.
Co mógłbym, gdybym... No, cóż... To niezwykłe zadanie pozostawię jednak przywódcom w Kościele Zielonoświątkowym.