dodano: 2009-02-24, liczba odsłon:
895
Pentekoste: Obecnie jesteś biskupem, ale i pastorem. To wiele obowiązków. Z pewnością nie będzie łatwo łączyć te dwie służby?
Marek Kamiński: Tego jeszcze nie wiem. Ciągle poznaję jak ma wyglądać moja służba biskupa. Dzięki Bogu w moim zborze jest brat, który jest w stanie dobrze zajmować się zborem, co daje mi dużą swobodę. Służę Panu Jezusowi i jestem gotowy zrobić wszystko czego On chce ode mnie. Tak więc jeszcze okaże się, jak to wszystko będzie wyglądało.
P: W jaki sposób łączysz swoją pracę i służbę z życiem rodzinnym?
MK: Tego trzeba uczyć się całe życie, bo za każdym rogiem są nowe wyzwania, z którymi trzeba się uporać. Dla mnie ważne jest, aby mieć czas dla dzieci. To jest priorytet. Zawsze zabierałem je na wszystkie większe podróże. Pamiętam również o tzw. basenodniu, kiedy to idziemy na basen i staram się robić wszystko, aby było on spędzony razem z dziećmi. Ważne jest również aby pamiętać, że służba w Kościele wiąże się z delegowaniem odpowiedzialności. Różni ludzie mają różne dary i talenty, i wiele rzeczy robią lepiej ode mnie. Myślę więc, że udało mi się połączyć te dwie dziedziny, ale nie wiem jak podjąć ten temat strategicznie. Po prostu należy zachować czujność, aby nie zaniedbać rodziny, ani Kościoła.
P: Co najbardziej wpłynęło na rozwinięcie Twojego powołania i na ukierunkowanie w służbie?
MK: Wiele różnych spraw. Gdy bierzemy masło ze sklepu nie możemy zapytać, od której to krowy, gdyż mleko pochodzi od wielu krów, i z tego mleka powstało masło. Na pewno moja mama jest jedną z osób, które wpłynęły na moją służbę. Zawsze była bardzo, wręcz nieprzeciętnie radykalna w podążaniu za Bogiem. Na pewno mój zbór w Słupsku ma swój wkład w rozwój mojego powołania i służby. Mój były pastor zwykle mówił: „Służyć Jezusowi to na całość, modlić się to na 100%”. Są to również moi przyjaciele, środowisko w którym przebywałem, ludzie z których jestem bardzo dumny, bo dla nich istnieją rzeczy niezwykle istotne dla świętości, takie jak: Boża wola, szukanie Boga, święte życie, oddanie w służbie nawet kosztem cierpienia. W jakimś stopniu należy również do nich edukacja. Tych składowych jest więc wiele. One są niczym puzzle, które Bóg układa i tworzy z nich obraz z wyraźnym przekazem. Myślę, że duży wpływ na moje myślenie o Kościele ma również ustępujący biskup Mieczysław Czajko. Jestem pod wrażeniem jego szczerości i otwartości. Podoba mi się, że jego służbę cechuje pełne oddanie się Kościołowi. Wiele mu zawdzięczam w tym aspekcie i serdecznie mu za to dziękuję.
P: Jak doświadczenie chrztu w Duchu Świętym wpłynęło na Twoje życie i służbę?
MK: Na początku nieodczuwalnie i nieświadomie. Chciałem przeżyć chrzest w Duchu Świętym i przyszło mi to dość łatwo. Około dwóch miesięcy po nawróceniu byłem na modlitwie młodzieżowej i bardzo pragnąłem doświadczyć tego przeżycia. W pewnym momencie zacząłem mówić innymi językami. Przyznam, że nie uświadamiałem sobie wagi tego przeżycia i być może dlatego nie zauważałem wielkich zmian, które się dokonywały. Dlatego nie umiem powiedzieć jak chrzest w Duchu Świętym wpłynął na moje życie, ale jak dotąd miałem jeszcze kilka takich spotkań z Bogiem, które nieodwracalnie zmieniły moje życie. Przeżyłem coś takiego jak namacalną Bożą obecność, doświadczalną prawie fizycznie. Było to doświadczenie Bożej chwały, w którym człowiek nie wie, czy śmiać się, czy płakać, czy po prostu paść przed Bogiem. Od nawrócenia chciałem być świadkiem przejawów darów Ducha Świętego. Zawsze modliłem się o to. Działanie Ducha Świętego, charyzmaty oraz zielonoświątkowe postrzeganie Bożej działalności w życiu człowieka są jednym z fundamentów mojego życia.
P: Pełniłeś już wiele służb w Kościele. Jakie chwile wspominasz najmilej?
MK: Nawrócenia niektórych osób. Szczególnie, gdy nawrócone osoby zaczynają służyć, czynią to dobrze i powodzi się im duchowo. To niezwykle miłe doświadczenie i wielka radość, gdy czasem po wielu latach widzę owoc. Wówczas myślę, że warto było pracować.
P: W roku 2007 rozpocząłeś studia doktoranckie w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Co było powodem takiej decyzji?
MK: Nie było żadnych nowych wyzwań w moim życiu, więc chciałem czegoś nowego. Oczywiście, służba w zborze to olbrzymie wyzwanie, ale w jakimś stopniu już poznane. Pomyślałem więc, że trochę pouczę się by nie zgnuśnieć. Długo walczyłem z tą myślą, aż ostatecznie doszedłem do przekonania, że to dobrze przysłuży się dalszemu rozwijaniu mojej osobowości i kształtowaniu charakteru, ponieważ to nowe przedsięwzięcie domaga się wysiłku i cierpliwości długodystansowca. Tak zdecydowałem się zacząć studia doktoranckie.
P: W jaki sposób łączysz zdobywanie wiedzy teologicznej z rozwojem osobistego życia duchowego?
MK: Wiedzę zdobywa się przy książkach a życie duchowe rozwija na kolanach. Należy robić obie te rzeczy. Czytać książki, zgłębiać wiedzę, zadawać pytania egzystencjalne, a jednocześnie w pokorze zginać kolana, skłaniać głowę i uwielbiać Pana. Rzeczą istotną jest studium Słowa Bożego i prośba do Pana o objawienie tego, co chce, abyśmy uczynili. Mamy w tym wszystkim zachować równowagę. Życie duchowe, jest inną rzeczywistością niż wiedza o Bogu. Dlatego obie te dziedziny powinny współistnieć. Możemy to zilustrować obrazem wagi. Jeżeli wiedza książkowa, filozoficzna, teoretyczna nie ma przeciwwagi w postaci modlitwy, pobożności, głębokiego doświadczenia, to efektem tego będzie brak równowagi. Można też sprawę odwrócić - raczej w kontekście służby, a nie zbawienia - jeśli ktoś chce opierać wszystko wyłącznie na pobożności, nie uczyć się, nie czytać książek, ten będzie skazany na marne rezultaty. Apostoł Paweł jest dla mnie przykładem uczoności i głębokiej pobożności. Zawsze potrzebna jest równowaga między zdrową doktryną i doświadczeniem. Muszą się one wzajemnie uzupełniać i stawiać sobie pewne bariery.
P: Czy w obecnej służbie korzystasz z przygotowania teologicznego zdobytego podczas studiów?
MK: Myślę, że jest to niezbędne, aby rzetelnie pełnić służbę. Mamy wiedzieć dlaczego wierzymy. Nie wystarczy tylko wołać: Alleluja! Trzeba być zdolnym do zadawania pytań, szukania odpowiedzi i rozwijania samego siebie.
P: Wspominając swoje studia teologiczne, jakiej rady udzieliłbyś obecnym oraz przyszłym studentom WST?
MK: Czyńcie wszystko najlepiej, jak potraficie! Gdybym miał przeżyć swoje życie jeszcze raz to zmieniłbym swoje podejście do nauki. Uczyłbym się dużo więcej i starałbym się dużo lepiej. Czas studiów to czas szczególnego kształtowania umysłu, gdyż po jego zakończeniu człowiek nie ma już tyle komfortu jeśli chodzi o zdobywanie wiedzy, czytanie książek itp. Właśnie to jest najbardziej fascynujące w studiowaniu. Zachęcam, by studenci uczyli się jak najlepiej i jak najwięcej, bo to jest najwłaściwszy moment w życiu, by to czynić. Oczywiście, że zachęcam też do tego, by dużo się modlili i czytali Słowo Boże, ale to akurat nie dotyczy tylko studentów. Wszystkich do tego zachęcam, gdyż społeczność z Panem to życie.
P: Czy Kościół jest w stanie zaangażować do służby studentów i absolwentów WST?
MK: Jeśli nie, to przed nami nie ma przyszłości. Jeśli kształcimy w naszej kościelnej uczelni ludzi do służby, a następnie nie potrafimy ich zaangażować, to ponosimy porażkę i nie ma przed nami przyszłości. Młodzież jest teraźniejszością Kościoła, tak jak każda inna grupa wiekowa, i dlatego jest potrzebna Kościołowi już dzisiaj. Należy pamiętać, że czas przygotowania jest również czasem służby. Z drugiej strony młodzież jest też przyszłością Kościoła, gdyż to właśnie ją przygotowujemy do opiekowania się Kościołem. Jeżeli ktoś myśli o dobru Polski, to musi pamiętać o tym, że Polska potrzebuje dobrych pracowników, ukształtowanych i przygotowanych do służby. Dlatego bardzo cieszę się z powstania Chrześcijańskiej Misji Pentekoste, której jednym z zadań będzie wykorzystanie potencjału, tkwiącego w studentach i absolwentach WST. Wierzę, że dzięki odpowiedniemu przygotowaniu, wyposażeniu i wysłaniu wielu osób do służby, będziemy mogli oglądać wielkie dzieła Boże.
P: Jakie są Twoje oczekiwania względem WST?
MK: Chciałbym, aby WST było miejscem, gdzie ludzie zdobywają rzetelną wiedzę, zarówno teologiczną, jak i ogólną. Chciałbym, aby element pobożnościowy odgrywał istotną rolę w kształceniu, gdyż intelektualista, który nie potrafi się szczerze pomodlić, to za mało. Chciałbym, aby po zakończeniu studiów ludzie byli przygotowani, i gotowi na wszelki poświęcenie dla Pana. Byłoby cudownie gdyby to miejsce opuszczali ludzie, którzy mają jedno marzenie, służyć Chrystusowi, bez względu na cenę. Zapewne łatwiej mówiłoby mi się o tym, co musimy dać WST. Osobiście zrobię wszystko, co tylko w mojej mocy, aby pomóc w wysłaniu do służby tak wielu, jak to tylko będzie możliwe.
P: Czym jest przebudzenie?
MK: Czasami mam wrażenie, że czeka się na przebudzenie, jak na zjawisko, które nagle wszystko zmieni. Oczywiście, Bóg może zesłać wiatr z nieba i przemienić wszystko. Ale mam wrażenie, że niektórzy myślą, że skoro przyjdzie przebudzenie, to nie muszą ani teraz nic robić, ani później nic nie będą musieli robić. Myślą sobie: „Będę przebudzony, będą dziać się cudowne rzeczy, po co więc ja mam się wysilać”. Jest to złe pojmowanie przebudzenia. Przebudzenie musi być czymś, co jest we mnie, zmienia mnie, gdyż żyję w nim. Oczywiście wierzę, że może przyjść szczególne poruszenie w jakimś narodzie. Ciągle czekamy na nie w naszym narodzie, w Polsce. Jednak na dzień dzisiejszy nic mi nie przeszkadza, abym ja był przebudzony. Jeżeli nawet Bóg nie wylewa Ducha na wszelkie ciało w naszym narodzie, to jaki jest problem, żeby nie wylewał Swojego Ducha na mnie, bym ja przebywał w Jego obecności i chwale. Chrześcijanie w Polsce muszą zrozumieć, że pora skończyć z mrzonkami o przebudzeniu, które kiedyś przyjdzie i wszystko zmieni, a my ani teraz, ani potem nie będziemy musieli nic robić. To dzisiaj jest czas przemiany mojego życia, dzisiaj jest czas przygotowania się do wszelkiego dobrego dzieła, dzisiaj jest czas, kiedy mam być napełniony Duchem Świętym, mocą Bożą i mam wzrastać w Panu. Bóg dokona swojego dzieła, ale ja mam być gotowy i do Jego dyspozycji.
P: Co jest największym celem Twego życia?
MK: Być wiernym Panu i nie odstępować od niego ani w prawo, ani w lewo. Nie odpowiada mi model Salomonowy, tzn. być mądrym, mieć powodzenie i odstąpić od Boga. Wolałbym być głupi, skromny, nieznany i ubogi, ale zawsze z Panem Bogiem.
P: Jaki Kościół chciałbyś pozostawić po zakończeniu swojej kadencji?
MK: Chciałbym, aby pastorzy służyli w poczuciu, że ktoś o nich dba, troszczy się o nich, płacze i śmieje się razem z nimi, abyśmy byli sobie bliscy, nie dalecy. Musimy być i mieć poczucie, że jesteśmy rodziną, w której dba się o siebie. To jest niezwykle motywujące wiedzieć, że jest się kochanym, że ktoś się troszczy. Wówczas nawet gdy są trudności, to łatwiej je pokonać. Szczególnie pastorzy niewielkich zborów potrzebują wsparcia. Ludzie, którzy rzetelnie i wiernie służą, służą często w bólu i samotności. Trzeba im pokazać, że nie są sami. Muszą odczuć i wiedzieć, że ktoś o nich myśli, modli się, wspiera i stara się zainspirować tak, by nie mieli poczucia osamotnienia, w którym pojawia się pytanie: Boże, czy Ty mnie widzisz? Chciałbym również, aby nasz Kościół miał prawdziwie zielonoświątkowy charakter, byśmy nie byli zielonoświątkowcami jedynie z nazwy, lecz by nasze nabożeństwa były pełne Ducha Świętego, z proroctwami, znakami i cudami. Chciałbym, by był to Kościół otwarty i oczekujący na działanie Ducha Świętego tak, by to On mógł działać podczas społeczności. Chciałbym, aby wierzący byli chrzczeni w Duchu Świętym z potwierdzeniem modlitwą na językach. Oczywiście, zbory mają różnorodne sposoby przejawiania pobożności, ale z pewnością cały Kościół musi być otwarty na Ducha Świętego. Wspólnie możemy to osiągnąć. Z odwagą.
Wywiad przeprowadził Kamil Hałambiec